Mass Effect 2 miał być lepszy pod każdym względem od poprzedniczki. Fabularnie miał wgniatać w fotel, misje poboczne miały nie wiać już więcej nudą, w wywiadach z twórcami nie skąpiono słowami „bardziej dynamiczne”, „przesiąknięte akcją i emocjami” w odniesieniu do potyczek z przeciwnikami, a o przejażdżkach Mako po beznadziejnie skonstruowanych i kropla w kroplę podobnych planetach mieliśmy zapomnieć na wieki wieków. Przepis na sukces i idealną kontynuację. Czy udało się osiągnąć to „mistrzom gatunku”?
